Ubóstwiam moje dzieci, ich swawolność, fantazję, prostolinijność, ale równie często po uszy mam uporu, przekory, świdrującego w mózgu pisku. Tak jak miliony innych mam. Codziennie zastanawiam się: Jakim cudem dałyśmy się w to wrobić? Kto nas do tego przekonał? I szczerze zdziwiona zadaję sobie pytanie: Dlaczego ludzkość nie wyginęła?
środa, 24 kwietnia 2013

Dwoje dzieci. Dwa lata różnicy, dwa różne temperamenty. Ona ostrożna, umiarkowanie nieśmiała, analityczna i wrażliwa, potrzebująca ciepła, statyczna i chcąca "tak jak inne dzieci". On to petarda, torpeda. Najpierw eksploduje potrzebą eksperymentu, potem zastanawia się nad konsekwencjami, albo całkiem pomija ten mało istotny szczegół. Mały człowiek w ciągłym ruchu, nawet wtedy gdy śpi i ogląda bajki. Jedzący posiłek na siedząco, stojąco i na klęczkach równocześnie. Gadający bez umiaru i bez regulacji poziomu decybeli, bezlitośnie obnażający granice cierpliwości opiekunów. Te dwa typy dziecięcych temperamentów nie są zdobyczami ostatnich dekad, ale doskonale obrazują zupełnie współczesny pomysł upchnięcia w jednej klasie maluchów z dwóch roczników - maluchów na kompletnie innym poziomie rozwoju, o nieporównywanie innej "sile głosu".

Dlaczego MÓWIĘ NIE reformie edukacji?

W dotychczasowym otoczeniu Nieletni mają wielu nauczycieli, przewodników i mediatorów, którzy pomagają zrównoważyć dysproporcję sił. A w zreformowanej polskiej szkole? Okazuje się, że jeden nauczyciel na 25 dzieci to luksus, na który warszawskie placówki nie mogą sobie pozwolić. Zgodnie z zaleceniami warszawskiego Biura Edukacji na jednego nauczyciela w klasie w nowym roku przypadnie ponad 26 uczniów. Kryzys, trudności, cięcia i takie tam. Jak w takim razie realizować indywidualny plan nauczania, jak równoważyć dysproporcje miedzy uczniami, jak zniwelować różnice miedzy rocznikami, nawet dwuletnie? Wreszcie, jak zapanować nad taką grupą maluchów, odwołując się do wzajemnego zrozumienia, rozsądku, współodczuwania, nie zaś terrorem i zastraszaniem? Jak sprawić, aby ten najmłodszy, więc pewnie i najmniejszy w klasie, nie był już na starcie najsłabszym i najgorszym? Czy szkoły i nauczyciele są przygotowani do zmierzenia się z takim wyzwaniem?

Czy nauczyciele są przygotowani, aby prowadzić w podstawówkach wykłady w aulach czy salach gimnastycznych, jak ironizowano, bo nie sposób kontrolować indywidualnych postępów w takich warunkach. Załóżmy, że w 30-osobowej klasie 15 minut zajęć zajmują sprawy organizacyjne, sprawdzenie prac domowych. Zostaje 30 minut na nauczenie się czegokolwiek i wyćwiczenie nowych umiejętności. Poświęcenie tylko pół minuty każdemu uczniowi zajmuje już połowę tego czasu. Czy pół minuty na skorygowanie wykonania ćwiczenia, zadania wystarczy? Co z indywidualnym tempem pracy? Co z pracą zespołową, interakcją z kolegami i rozwiązywaniem problemów? Co z dziećmi z dysleksją, dysgrafią, nadpobudliwością, trudnościami intelektualnymi, słabą motoryką? Odpowiedź znają rodzice odrabiający godzinami prace domowe ze swoimi pociechami. Edukacja w warunkach przeludnienia staje się sztuką dla sztuki, a prawdziwe indywidualne kształcenie to zadanie domowe "nieprzygotowanych merytorycznie" rodziców.

Falstart reformy też nie sprzyja pozytywnej recenzji tego pomysłu. Wciskanie w tym samym czasie do jednej klasy dwóch roczników z boomu urodzeniowego napawa mnie lękiem. Nie chodzi tylko o ten jeden newralgiczny rok. Tłok będzie ciągnął się za tymi dzieciakami każdego roku, w każdej klasie, w każdej kolejnej szkole, w trakcie egzaminów na studia i rekrutacji do pierwszej pracy. I na każdym z tych etapów ten najmłodszy z dużym prawdopodobieństwem będzie najsłabszy i najmniejszy, tym razem już może nie ciałem, ale duchem. Pierwsze szkolne doświadczenia go w tym utwierdzą.

Dysproporcje. W tekście sprzed kilku lat, który właśnie sobie odświeżyłam, jeden z lewicowych publicystów krytykował przeciwników reformy za mizoginię, nowobogacki stosunek do edukacji, podczas gdy przecież o rok wcześniejsze pójście do szkoły wyrównuje szanse dzieciom z biedniejszych środowisk. Nie mogę zrozumieć, w jaki sposób, bo przecież sam okres edukacji nie wydłuża się. W wyniku reformy młody człowiek jedynie szybciej staje w kolejce po pracę. Tak naprawdę problem tkwi gdzie indziej. Wyrównanie szans edukacyjnych to zapewnienie dla wszystkich miejsc w przedszkolach, ponieważ to tu zaczyna się kształcenie i w ten sposób wydłużyć możemy proces edukacji. Czy wrzucenie 6-latków do szkół naprawdę wyrówna kilkuletnie dysproporcje spowodowane niedostępnością dla najmłodszych bezpłatnych placówek? Jakie szanse w pierwszej klasie ma sześciolatek, który dzieciństwo spędzał przed telewizorem i zaliczył tylko roczny kurs zerówkowy wobec siedmiolatka, który przez cztery lata chodził do przedszkola, przygotowując się cały czas do szkolnego startu?

Nie mam doświadczeń dydaktycznych, by pochylać się nad programem nauczania. Mimo to pewne absurdy są dla mnie oczywiste. Z jednej strony naukę czytania i pisania rezerwuje się dla uczniów 1. klasy, zakazując jej wprowadzania w klasach zerowych i ignorując naturalne fazy zaciekawienia pismem. Z drugiej strony wymaga się, aby "prowadzony" zgodnie z programem sześciolatek nauczył się czytać i pisać w ciągu pierwszego kwartału nauki w szkole, bo i tak - wbrew założeniom ministerialnym - jest jednym z nielicznych dzieci w klasie, które jeszcze tego nie potrafią (znów praca rodziców). Co przemawia zatem za hamowaniem naturalnej ciekawości świata? Dlaczego nie respektować naturalnych faz chłonności dziecka i nie umożliwić mu nauki czytania w warunkach przedszkolnych, zerówkowych? Ot zagadka.

I last but not least, wcześniejsza edukacja. Jestem "skażona" (bo zafascynowana) Montessoriańskim podejściem do nauczania małych dzieci, z respektowaniem ich naturalnych faz wrażliwości, tempa nauki, rozwijania zainteresowań, wyboru formy, miejsca, czasu pracy i stawiania na samokontrolę. Coś takiego jak "praca własna" jest genialną ideą, nie zabija bowiem w młodym człowieku naturalnej potrzeby rozwijania się i zdobywania wiedzy o świecie. I jest przecież EDUKACJĄ. Nieletni w takim otoczeniu uczą się od najmłodszych lat, co więcej w otoczeniu dzieci w różnym wieku (ale nie, o zgrozo, w grupach 30-osobowych z jednym opiekunem). Bo, niezależnie od metody, przedszkola są placówkami edukacyjnymi, a nie jedynie opiekuńczymi. Jak najbardziej MÓWIĘ WIĘC TAK WCZEŚNIEJSZEJ EDUKACJI, jednak wdrażanej, by wspierać maluchy, a nie eksperymentować z ich gotowością, obojętnie według jakiej pedagogiki są prowadzone. I nie przemawia do mnie argument części kontrreformatorów o zabieraniu dzieciństwa - przedszkole, podobnie jak szkoła, powinno być także czasem nauki.

Dążmy do tego, aby edukacja była procesem w miarę płynnym i harmonijnym. Wyrównujmy dysproporcje i szanse edukacyjne dostępem do placówek oświatowych nie od 5., ale nawet od 3. roku życia. Gdy już te braki będziemy mieć nadrobione, poślijmy dzieci w wieku sześciu lat do szkół. Nie wcześniej. Nie pogrążajmy idei wcześniejszej edukacji w bagnie źle przygotowanej reformy.

Obserwacje rodziców na temat gotowości szkół do reformy publikowane na www.ratujmaluchy.pl pokazują, jak grząskie jest to bagno. Jeśli się go obawiacie, wydrukujcie formularze protestu, powieście je w przedszkolach, szkołach, zbierzcie podpisy rodziny, znajomych i wyślijcie do rzecznika praw rodziców. 250 000 osób poparło już tę sprawę, ale to ciągle za mało, by zatrzymać reformatorską machinę. Do końca akcji został tylko miesiąc!

 


czwartek, 18 kwietnia 2013

Nasze przedszkole prowadzi bogaty serwis zdjęciowy. Żeby rodzice nie tracili zmysłów, zastanawiając się bez końca, czy w tej miłej placówce ich dzieci są krępowane, kneblowane, czy też nękane psychicznie. Za moich czasów nie było takich bajerów (myślę o zdjęciach). Z przyjemnością oglądamy więc Nieletnich podczas pracy lub gdy się od niej migają. To też sposobność, żeby wydusić z nich, co tam się w ogóle działo.
Któregoś dnia, gdy odbierałam Nieletnich z przedszkola, obok nas przepełzł wąż kilkulatków sunących na gimnastykę. Nieletni do oddalającego się gada zakrzyknął: Sorry, muszę już iść, ale przyślijcie mi zdjęcia!

piątek, 05 kwietnia 2013

Podobno swój pierwszy raz pamięta się do końca życia. Akurat, jeśli o ten chodzi, nie zamierzam. Bo choć adrenalina skoczyła, co zrozumiałe, to zwyczajność, beznamiętność i kłopotliwość zdarzenia upewniła mnie, że nie będzie czego wspominać. Choć, nie powiem, był też jeden miły akcent.

Nie myślcie, że postanowiłam desperacko zwabiać czytelników, epatując intymnością. Nie chodzi o ten pierwszy raz, który wpadł Wam do głowy, po przeczytaniu tytułu. Nie w tym stylu będzie to opowiastka. Po prostu wszystko, co przytrafia się w życiu, ma swój debiut. Dotyczy to też doświadczeń niechcianych. W tym pierwszego dzwona.

Tak, tak, dwa dni temu wśród zimowej aury zawiódł mnie refleks i przywaliłam sąsiedniemu kierowcy w tyłek. Z niedowierzaniem przetarłam oczy, bo choć staż za kółkiem mam większy niż wiek inicjacji seksualnej współczesnych nastolatków, to takie doświadczenia są mi obce. 

Prędkość żadna, więc ucierpiało jedynie mienie. Tyle jednak nasłuchałam się o agresji kierowców, kłótniach o sprawstwo, że obawiałam się reakcji poszkodowanego. Obyło się bez awantur, krzyków, pretensji, rękoczynów. Jednym słowem, kulturalnie, tak jak powinno być. Nawet z bonusem, bowiem żeby nie tarasować pasa ruchu, ustaliliśmy, że spotkamy się w bezpiecznym miejscu na poboczu, jakieś 200-300 metrów dalej, dopełniając formalności. Miły pan, ku mojemu zaskoczeniu, nie zanotował żadnych danych i odjechał przodem, a ja zebrawszy różne drobiazgi z asfaltu po chwili ruszyłam za nim. Ani przez chwilę nie zwątpił w moją uczciwość. Ja w swoją też. No może raz, gdy stojąc na światłach pomyślałam, że może jednak skręcić w prawo, zdystansować się od niego, okrężną drogą pojechać do domu i zostawić go na poboczu czekającego na Godota. Pomyślałam... i pojechałam prosto, bo uczciwość jest silniej wbudowana w moje ego niż pokusa uniknięcia odpowiedzialności za błędy. I tak ma być. Za to spotkanie z człowiekiem, który zwyczajnie wierzy w uczciwość innych, więc zaufał, że nie ucieknę, bezcenne.

Jakiś czas temu mój brat zastał na parkingu za szybą kartkę z niewyraźnym bazgrołem i tajemniczym numerem telefonu, pod który zadzwonił. Usłyszał dalekowschodni akcent i mocno kaleczący polszczyznę głos, starający się wytłumaczyć, że był wypadek, była rysa i trzeba naprawić. Taka kultura chyba nigdy nie będzie u nas "modna", nie w kraju kombinatorów i cwaniaków. Ale budujące jest, że nawet tu takie cuda się zdarzają. I cieszmy się nimi, nie tylko w Dzień Grzeczności za Kierownicą (tak tak, nawet taki jest w kalendarzu, w dodatku dziś).


Acha, jaki to ma związek z dziećmi? Ano taki, że na szczęście przy całym zdarzeniu ich nie było. Uff!

 

PS. Miało nie być moralizatorsko, chyba jednak wyszło. "Wypadek" przy pracy ;)

 

poniedziałek, 25 marca 2013

Zbieram się do kupy po zimowym rozstroju chorobowym. Na miesiąc zaniemogłam powalona infekcjami, ogólnym osłabieniem i bólem umysłu. Dochodzę wreszcie do siebie, a w zasadzie dobiegam wśród śniegu, z biegówkami na nogach. Ślizganie się po dzikim nabrzeżu Wisły z widokiem na centrum Warszawy to jak wypad za miasto bez konieczności pakowania tobołów. I świetny sposób na rozruszanie kości.

W tym sezonie na biegówkach zadebiutował Nieletni, najpierw plącząc nogi przy każdym kroku i upadku, bardziej spacerując niż jadąc, ale dzielnie oswajając się z długimi śliskimi stopami. Słyszałam legendy o tym, jak to dzieci błyskawicznie opanowują nowe umiejętności. Spodziewałam się, że czwarty trening przyniesie wyniki, których nie powstydziłaby się Justyna Kowalczyk. Niestety, najwyraźniej na medale trzeba będzie poczekać jeszcze z sezon, bo chociaż śniegu nie ubywa, Nieletniemu nie chce się specjalnie robić postępów w klasyku.

Przy okazji biegówkowych wypadów zadebiutowała też Nieletnia, zjadając pierwszego w życiu hamburgera. Nie byle jaka była to buła, lecz smaczny slow food burger z busa przy Stacji Balon. Nieletnia dzielnie walczyła z giga kanapką, aż uznała, że dyskomfort podniebienia stał się nie do zniesienia. 

- Pali się - zawołała. Odruchowo rozejrzałam się w poszukiwaniu zaprószonego ognia.

- Pali się w buzi - wyjęczała, gasząc płomienny sos chilli głębokim haustem mroźnego powietrza. Choć nie ma opresji, której nie podołałby strażak Sam, ten pożar ugasiliśmy bez wzywania służb mundurowych.

piątek, 01 marca 2013

Muszę posprzątać. Sadzam Nieletnich przed TV i pstrykam power. Po chwili włącza się TVN 24.
Nieletnia reaguje natychmiast.
- Mamo, nie ce tej bajki. Ce inną...
Hmm, przyłączyła się do jakiejś frakcji?

poniedziałek, 25 lutego 2013

Można się wściekać, narzekać na złośliwość losu, pogodzić się z bezsilnością, ale fakt jest faktem, nie pojechaliśmy na narty. Przegraliśmy ze sztafetą wirusów. W newralgicznym momencie zaniemógł Nieletni. Wysoka gorączka, katar, ostry kaszel, ogólna jękliwość. Zanim podjęliśmy leczenie, aplikując choremu serię bezbolesnych bajek, udałam się z nim na przezornie zaplanowaną kilka tygodni wcześniej wizytę lekarską, bo o termin na już w sezonie grypowym trudniej niż o audiencję w Watykanie.

Oględziny lekarskie to dla rodzica zawsze wyzwanie, niezależnie od wieku pociechy. W pierwszym okresie niemowę krzyczy na sam widok pracownika służby zdrowia, niezależnie od jego intencji. W miarę upływu czasu płacz ustępuje miejsca przewlekłej naklejkofilii. To szczególna forma materialistycznej zachłanności, bo rzadko którego malca udaje się przekupić pojedynczą łapówką. Nieletni na przykład wyłudza od razu cztery naklejki dla całej rodziny, a po dotarciu do domu rzuca je w kąt, nigdy więcej do nich nie wracając. Etap, który obecnie osiągnął mój niespełna 5-latek, to chroniczny gabinetowy chichot. Nie sposób chłopaka zbadać, nie sposób nad wesołkowatością zapanować. Łaskotki ma nawet przy wypisywaniu recepty.

Niby chory, a wije się jak piskorz. Niby bez sił, a poczucie humoru go nie omija. Na odchodne bowiemzapewniając służbę zdrowia, że nie jest z nim aż tak źle, Nieletni uroczyście odśpiewał: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy...

Zastanawiam się, czy to na pewno tylko przeziębienie...

 


poniedziałek, 18 lutego 2013

Kolejny weekend za nami. Jak każdy świąteczny. Oprócz tradycyjnego dnia wrzasku, dnia białej gorączki, dnia przy dzieciach, przy garach, przy pralce i ze ścierą, celebrowaliśmy rodzinnie Światowy Dzień Kota. Z tej okazji suto zastawiłam sierściastym stół karmą, wypucowałam ze śladów dziecięcych łapek okno, żeby mogły do woli straszyć buszujące za szybą ptactwo. Nieletni, uświetniając obchody, z prawdziwą celebrą pogonili kota swym futrzastym braciom mniejszym.

I co w zamian? Jaka kocia wdzięczność mnie spotyka? Ano taka, że kot mnie dziś zbeształ. Miauuuu, brrrr, wrauuuuuu, że kuweta pełna, że w misce light trociny, że nawet mleka mu skąpię. 

- Odejdź sierściasty, bo ja tu teraz z kawą siadłam i odpoczywać muszę - powiedziałam, żeby się odczepił. - Dzień dobroci dla zwierząt wczoraj o 23.59 czasu lokalnego się skończył. 

Ale wstałam, z kuwety plewy oddzieliłam, miskę uzupełniłam i mlekiem do wody kapnęłam.
Oni mnie zamęczą (ci koty).

wtorek, 12 lutego 2013

Siedzę. Gapię się w okno. Wczoraj, biorąc pod rozwagę sprawy całego świata i dotkliwe kwestie doczesne, papież podjął ważną dla ludzkości decyzję. O jej randze świadczy zamęt we wszystkich ziemskich i, nie mam wątpliwości, transcendentnych newsroomach. Ogólnoświatowe poruszenie.

A ja? Siedzę.

Gapię się w okno.

Czy ważkość tej decyzji mnie omija?

Gapię się w okno. 

Do karmnika za szybą zleciały filigranowe sikory, wróble, grubodzioby, dzwońce. Pośpiesznie wydziobują ziarna, nerwowo rozglądają się na boki. Nie kłócą się, nie poszturchują. Szarmancko ustępują sobie miejsca, czekają na swoją kolej. Ale sypią dokoła, rozgardiasz czynią gorszy niż Nieletni przy stole. Kłapią dziobami. Gdyby ten przychówek był mój, zorganizowałabym natychmiast śliniaki. Bo po wszystkich, których dokarmiam, muszę sprzątnąć. Po ogoniastych, skrzydlatych, Nieletnich. I to obecnie silna determinanta mej egzystencji. Sens mojego życia. Jest tu i teraz. W okolicy okna, fotela, szafek, schodów, furtki, okolicznych sklepów, codziennych tras i skrzyżowań. Tu czynię swa powinność, rozmyślam nad istotą rzeczy, nad sprawami pierwszej wagi. Stąd kontempluję swą ułomność i podejmuję decyzje ważne dla całego świata. Mojego świata. I choć czasem wątpię w to, co robię, na razie nie zamierzam abdykować.

czwartek, 07 lutego 2013

Idę do toalety. Nieletnia jak cień sunie za mną.

- Kochanie - mówię - to nie muzeum, nie galeria, ani park. W tym miejscu, nie zwiedzamy, i nie przyglądamy się eksponatom, i nie spacerujemy w parach.

Mamuuusiu, na kolaaana!

sobota, 02 lutego 2013

Dzieci podobno nie pojmują wartości pieniądza. Śmiem dyskutować z tą tezą, zwłaszcza po tym, co zobaczyłam wczoraj. Pewnie nie uwierzycie, tak jak ja nie dawałam wiary własnym oczom. Z pralki wraz ze stertą mokrych ubrań wyjęłam wczoraj... kartę płatniczą. Niby nic wielkiego, a jednak. Nie była to bowiem moja karta. Nie była to też karta mojego pierwszego męża. Ani Nieletnich - do wymuszania kieszonkowego, w moim przekonaniu, jeszcze im daleko. Była to karta... pani Uli, przedszkolanki z Nieletnich przedszkola. W dodatku ważna, z datą przydatności jakoś tak na rok w przód.

Zdziwieni? Ja też. Najbardziej zastanawia mnie, które z Nieletnich jest tak przedsiębiorcze, by zajumać przedszkolnej pani psycholog kartę bankomatową. I czy mają świadomość, jak użyć tej wirtualnej broni, by przysporzyć rodzicom gniewu wierzycieli. Już sobie wyobrażam, jak Nieletni pchają do kasy wózek pełen lodów, m&m'sów, lego i czekolady, a kasjer pyta:

- Państwo kartą czy gotówką?

- Paypassem - oświadcza obstukany w bankowości ledwo wystający znad krawędzi wózka Nieletni, a niewystająca wcale Nieletnia potakuje, pysznie rechocząc.

Pierwsze pranie pieniędzy mamy zatem za sobą. Pani Ula, psycholog, pewnie nie poda nas do sądu, bo miła jest i wysoce wyrozumiała dla dziecięcych fanaberii. Poza tym, mam nadzieję, że Nieletni nie zdążyli dokonać żadnych defraudacji, że piorąc wirtualny pieniądz udaremniłam skok na kasę. Jednak od dziś zaczynam się pilnować, robiąc przelewy, wstukując piny, wpukując puki i inne tajemne kody. Zaczynam się pilnować, bo big brother i jego młodsza siostra czuwają.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Każdy ma mocne i słabe strony. Pomińmy te pierwsze, bo przecież nie sprosiłam tu wszystkich, żeby się przechwalać. Po prostu, wlokąc za sobą jarzmo narodowej tradycji, lubię ponarzekać. Nie nie, daleka jestem od myślenia, że moje dzieci mają wyłącznie słabe strony, ale... gdy tak się zastanowić...

Coś jest na rzeczy. Zaczęło się już na starcie. Wtedy jeszcze nie posądzałam Nieletniego o łobuzerkę, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy... Po prostu mój kosmita ze sprężyną zamiast nóg nie usiedzi w miejscu. Najwyraźniej nudzić zaczął się już z brzuchu, bo - kombinując zniecierpliwiony - zawiązał sobie (czy też mi, sama nie wiem) supeł na pępowinie. Skończyło się, wbrew moim oczekiwaniom, sieczką na oddziale operacyjnym.

Potem nie było łatwiej. Na przykład, mając trzy tygodnie, przejechał mi pazurem po oku, gdy zmierzałam z pocałunkami do ukochanych maleńkich ust. Zadrapanie z erozją rogówki. Dość bolesne. Przez ponad dobę nie byłam w stanie otworzyć powieki. 

Wierzę, że nieprzeszkadzanie dzieciom w ich własnej drodze rozwoju jest właściwym podejściem. Są jednak egzemplarze nadaktywne, inicjujące bezlitosne eksperymenty, które bez nadzoru obróciłyby niejeden dom w zgliszcza. Mój syn ma na koncie raczej drobne rozboje: rozczłonowanie odkurzacza, obluzowanie klamek (są jak huśtawka z karuzelą, 2 w 1)... ostatnio zgniecenie fragmentu metalowej rury od odkurzacza (jak on to zrobił i czemu uporczywie do odkurzacza się przyssał?) Nie mówię o zniszczonych zabawkach, odłamanych częściach, uszkodzonych książkach. Od moich rzeczy wara, ale w zasadzie niech sobie niszczy, co jego. Chociaż najczęściej, gdy widzę, jak sprawdza właściwości nowego przedmiotu, waląc nim o podłogę lub zrzucając z wysoka, uprzejmie proszę, uprzedzając fakty, żeby się nie męczył, bo możemy od razu wyrzucić tę rzecz do kosza.

Na razie Nieletni młody jest, jednak pewne cechy tkwią w genach, więc nie wiem, jak potoczy się jego przygoda, znając rodzinne przypadki. Mój brat na przykład dwa razy próbował rozpalić z kolegą ognisko. Jedno, normalnie, w muszli klozetowej, nadtopił więc tylko deskę, ale drugie, bardziej ekstrawagancko, w piwnicy w bloku. Było to w zamierzchłych czasach, gdy każda godzina była czarna, a wszelkie nadwyżki sprzedawanej na kartki benzyny magazynowało się w kanistrach właśnie w piwnicy. Na szczęście wielkie "bum" udaremniono. Ja z kolei - już w dorosłym życiu, więc wspominam o tym nieco obok tematu - miałam "palącą" przygodę z samochodem, dokonał bowiem samozniszczenia w garażu podziemnym w nieco bardziej współczesnych czasach. Również skończyło się szczęśliwie.

Wróćmy do tematu. Mąż mój pierwszy - wieki temu to było - podpalił dywan. Dwa razy. Ten sam. Ja zaś na dywan, inny, bo jako dzieci nie mieszkaliśmy jeszcze razem, wysiałam rzeżuchę. Systematycznie podlewana, urosła. Chyba dlatego w naszym obecnym domu dywanów brak.

Innym razem wspomniany już mój brat bawił się z kumplem tłuczkiem do mięsa. A że metalowy grot był nieco obluzowany, przy solidnym zamachu wyfrunął przez otwarte okno z trzeciego piętra i wylądował... prosto w piaskownicy, w której radośnie i ufnie bawiły się dzieci. Kto by się spodziewał, lepiąc baby z piasku, że właśnie zmierza ku niemu niczym meteor tłuczek do mięsa, anioł zagłady. Szczęśliwie dla wszystkich obyło się bez ofiar.

Nieletni jest, można powiedzieć, obciążony genetycznie, dlatego wiem, że potem nie będzie łatwiej. Ale życzę mu, by miał też wkaligrafowane w genetyczny kod profilaktyczne zaklęcie: Więcej szczęścia niż rozumu!

piątek, 25 stycznia 2013

Próbuję wyciągnąć z Nieletniej, jakie ma relacje z dziećmi w przedszkolu. Najmłodsza jest, więc za maskotkę robi. Wiem od Pań i z obserwacji, że raczej ją lubią, zwłaszcza starsi chłopcy są bardzo opiekuńczy. Ale nie wiem, jak w tych relacjach odnajduje się sama Nieletnia.

- Nieletnia, masz jakieś ulubione koleżanki w przedszkolu?

- Uhm.

- A jakie?

- Moja Ania, Welonika i jeszcze czoś tam hajnego.

- Jakieś inne fajne koleżanki jeszcze masz? - podpowiadam.

- No. Matalka i Matalka. Dje Matalki szom.

- A kolegów jakichś ulubionych też masz?

- No!

- A jakich?

- Ty Kubę lubisz, co nie? - włącza się Nieletni.

- Nie, nie lubię Kubę!

- A których chłopców najbardziej lubisz? - drążę.

- Ja lubię Julek, i Marcel, i Kubę.


Hmm, co z  tym Kubą? Zakochała się czy jak?

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Wybór imienia dla dziecka to sprawa niebagatelna. Nie dziwię się, gdy ktoś zwleka z decyzją do finalnego rozstrzygnięcia. Przecież nie sposób w życiu prenatalnym, nawet w dobie "przydomowych USG", dostrzec zbyt wielu impulsów, które zaświadczą o temperamencie i osobowości młodej istoty, tak aby odpowiednio nazwać formującą się dopiero treść. Z drugiej strony, doświadczenie pokazuje, że nawet najbardziej nieadekwatne imię traci cechy dziwactwa w miarę obcowania i poznawania człowieka. Dźwięk powszednieje, układa się w głowie i w uszach. Nawet najdostojniejszy Bonawentura pijący wino z gwinta, wysiorbujący fusy z fajansowego kubka zamiast porcelany przestaje z czasem szokować. Dlatego ja wolałam być z Nieletnimi po imieniu odkąd poznałam ich bardzo prawdopodobną płeć. Uznałam po prostu, że nie ryzykuję zbyt wiele, bo - tak czy siak - imię się jakoś ułoży.

Gdy urodził się  Nieletni, uznaliśmy, że obdarzanie go dwoma lub więcej imionami, przy zaawansowanej biurokratyzacji życia, byłoby zbyt ekscentryczne i wysoce niepraktyczne. Zatem został po prostu Nieletnim. Nie byliśmy jednak konsekwentni, gdy pojawiła się Nieletnia.

Miała być "Nieletnią", odkąd pamiętam. Lecz pod koniec ciąży, na ostatniej prostej, gdy już od dawna mówiłam o niej po imieniu, zakochałam się w "Jagodzie". I jak tu wybrnąć z nagłego romansu, nie rozwodząc się z "Nieletnią"? Doszłam do wniosku, że nie chcę wybierać między żoną a kochanką, że obie cudne, dlatego dorzucimy Nieletniej szczodrze drugie imię. Jeśli pokocha "Jagodę" tak jak ja, kiedyś może zmieni sobie kolejność imion i już. To będzie jej wybór.

Ostatnio przypomnieliśmy Nieletniej, że jest dwojga imion.

- Nie jestem Jagoda. Jestem Nieletnia Leleniec - zaoponowała.

Na drugi dzień jednak nie była już tak stanowcza.

- Jestem Nieletnia Malina, Malina Leleniec - stwierdziła z radością.

No cóż, chyba właśnie dokonała wyboru...

sobota, 19 stycznia 2013

Wybieramy się dziś z Nieletnimi na 5. urodziny ich koleżanki Gabrysi. Dzieciaki nie mogą doczekać się imprezy. Nieletnia od kilku dni przygotowuje repertuar:

- Sto lat, sto lat, Jerzy Jerzy nam...

Może w chórze nikt nie usłyszy ;)

środa, 16 stycznia 2013

-5 stopni. Zasiedliśmy w ramach spaceru z Nieletnimi w pożal się boże parku i gapimy się na samoloty. Wtem zza badyli NIESPIESZNIE wyłania się ktoś. Bez kurtki, futra, płaszcza, kufajki, windstoppera, narzutki, sweterka, marynarki, bluzy, bolerka, kamizeli czy czegokolwiek, czym można by osłonić zimą zziębnięte gnaty. Bez czapki, szalika, rękawic, ale - uwaga - w T-shircie. Niby człowiek, ale mocno nierealny, bo jak możliwe, by przeżył w tym stroju... Raczej go nie okradli, bo z plecakiem, raczej nie pijany, bo idzie prosto, raczej nie rozgrzany, bo kroczy dostojnie. Zastanawiałam się, czy zastygnie w pół kroku niczym rzeźba lodowa. Ale nie. Dotarł do furtki, przywitał się z unurzanym w śniegu szczelnie okutanym dzieckiem i znikł za drzwiami domu. Ot, człowiek zagadka. Człowiek zmiennocieplny. Kolejne stadium ewolucji.

Nam do zmiennocieplności daleko, dlatego zrobiliśmy sobie taki rodzinny grzejnik na ścianę, na podczerwień, żeby ocieplić nieco atmosferę w domu - aurę zmęczenia, poddenerwowania, zagonienia, frustracji. Ma 900W. Lepiej, żeby pomógł.

A tak naprawdę chodzi o to, by wreszcie obcować z Nieletnimi w sposób, jaki naprawdę lubimy. Gdy wiszą sobie na ścianie, uśmiechają się i dłuuuuugo milczą.

:)


 
1 , 2 , 3 , 4




stat4u Budowlany-Katalog.pl